Wielkie, skromne zawody – BIEG ULTRA GRANIĄ TATR

Od 17 sierpnia 2013r. minęło już kilka dni. Wszyscy wrócili do swoich obowiązków, jednak odnoszę wrażenie, że emocje, które towarzyszyły zawodom rozgrywającym się w Tatrach ciągle nie opadają. Fala energii, która samoczynnie nakazuje z nią płynąć i korzystać z narodzonych możliwości i szans, jakie urodziły się przed Organizatorami pierwszego Biegu Ultra w Tatrach. Takie uważam niewątpliwie właśnie mają miejsce.

(Fot. Piotr Dymus)

Relacja z wielkich i skromnych jednocześnie zawodów, czyli o tym jak się poturbowałam, zrobiłam trasę pod prąd i zamieniłam role - zostałam Kibicem głośnym, oddanym i miejmy nadzieję wspierającym, nie tylko kolegę Grzegorza Krzysztonia (GK), ale i wszystkich uczestników.

Na jej rozpoczęcie zapraszam do obejrzenia WIZUALIZACJI TRASY – zobrazuje ona wielkość Biegu Ultra Granią Tatr.

Tatry to teren niezwykle malowniczy, ale bieg granią, w limicie maksymalnym 17h, na dystansie 70km, gdzie przewyższenia wynoszą +5000m/-4900m to trudna walka i bardzo konkretny sprawdzian. Szumnie było od dobrych kilkunastu miesięcy, gdy tylko padło hasło organizacji takich zawodów. Na mapie pojawiła się wisienka skąpana w czekoladzie.
Co się okazało, to od tej pory najtrudniejszy bieg górski jaki został rozegrany w Polsce, a przez to niezwykle kuszący. Dodatkowo został on biegiem kwalifikacyjnym do The North Face® Ultra-Trail du Mont-Blanc® 2014, co dla wielu zawodników było dużym plusem. Tych nie trzeba było jednak namawiać do rejestracji, ponieważ miejsca rozeszły się błyskawicznie. Sami Organizatorzy zdawali się być zaskoczeni jak liczna jest grupa pasjonatów, którzy z roku na rok szukają coraz to trudniejszych wyzwań.


Zastanawiałam się ilu śmiałków zdecyduje się na start, ilu z nich to zawodowcy, a ilu to „ciekawscy-szaleńcy”. Na liście pojawiło się kilka głośnych nazwisk świata ultramaratonów. Niemniej odnoszę wrażenie, że większość z 237 zawodników, którym przyszło stanąć na starcie, to bardzo świadomi biegacze i bardzo silne osobowości, które nie przyjechały tu dla obcowania z mistrzami, a dla walki z samym sobą, sprawdzenia się w morderczym biegu i trudnych okolicznościach. Mocne charaktery, które znają swoją wartość.
Bieg ukończyły 172 osoby, w tym 15 z 22 kobiet.

„Odkąd tylko usłyszałem o pomyśle biegu w Tatrach bardzo nakręciłem się na ten pomysł. Biegałem w wielu miejscach, ale w Tatrach nigdy. Znałem trasę, więc wiedziałem co będzie mnie czekać, z drugiej strony tylko pozornie, bo poznałem ją podczas wędrówek z dużym plecakiem i często w bardzo różnych warunkach. Zastanawiałem się czy będzie faktycznie tak trudno czy trochę tworzy się atmosferę zniechęcając osoby, które nie brały nigdy udziału w tego typu biegu, bądź nie znały tatrzańskich realiów. Do myślenia dały mi słowa czołowego polskiego biegacza, który stwierdził, ze bieg ukończy 20-30 osób. Zacząłem się nad tym zastanawiać, zaplanowałem taktykę i bez lekceważenia podszedłem do biegu.” (GK)

(Fot. Andrzej Dabrowa)

Biuro zawodów umieszczone zostało w COS w Zakopanem. Jak na powagę wydarzenia było tu skromnie. Mały korytarzyk sprawiał wrażenie sytuacji nie dla mas, a dla wybrańców. Szczupłe i wysportowane sylwetki uczestników zdawały się mówić, że każdy z nich wie na co się porywa, ponieważ aby przebyć trasę w założonych limitach trzeba było być bardzo wprawnym biegaczem.
Specyfika terenu wymusza perfekcyjne przygotowanie. Mocna praca całego ciała podczas pokonywania dużych różnic wysokości, siła do stromych podejść, skupienie i ostrożność w stawianiu każdego kroku przy spadzistych zbiegach, umiejętność biegania po nierównej nawierzchni, chwiejących się głazach czy luźnych kamieniach - były jakby dodatkowym punktem regulaminu, którego przestrzegania Organizatorzy bardzo wymagali.

Polisa ubezpieczeniowa oraz arsenał obowiązkowego wyposażenia, które musiał posiadać przy sobie każdy uczestnik – wzbudzały podziw. Niby rzecz oczywista, ale widać było, że wszyscy podchodzą do imprezy w powagą, a góry to nie żarty. Kronika TOPR codziennie publikuje informacje o sytuacjach awaryjnych, które miały miejsce w górach, a przydarzających się zwykłym turystom. Trasa pokonana kilkukrotnie szybciej - biegiem, to jeszcze większe prawdopodobieństwo kontuzji, co zaznaczały kilkukrotnie Monika Strojny oraz Justyna Żyszkowska podczas odprawy. Przedstawiona tu wizualizacja trasy wywołała ogólne podniecenie pomieszane ze strachem, do którego większość jawnie się przyznawała. Nad bezpieczeństwem czuwał sztab wolontariuszy z całego kraju oraz ratownicy TOPRu, a było kilka przypadków interwencji łącznie ze złamanym nosem zawodnika, który nota bene ukończył bieg na 16 pozycji.

(Fot. Piotr Dymus)

Przygotowanie Biegu Ultra Granią Tatr, którego pomysł jak mówi Monika Strojny zrodził się w czerwcu ubiegłego roku, a którego machina ruszyła we wrześniu, gdy zawody weszły do finału konkursu Lider Animator i przyznano im grant - oceniam na bardzo dobre. Jako kibic miałam okazję z boku obserwować podejście Organizatorów do powierzonego im zadania i wiele było w nim człowieczeństwa, pasji, zaangażowania, ale i konkretu, konsekwencji, profesjonalizmu. Momentami zdawało się, że ich poczuciem odpowiedzialności spokojnie można by obdzielić każdą osobę, która znalazła się na długi weekend w Tatrach. A tych było zatrzęsienie. Sytuacja ta zdawała się być zresztą początkowo kością niezgody pomiędzy Komitetem Organizacyjnym Biegu, a Tatrzańskim Parkiem Narodowym, który miał zastrzeżenia co do wpuszczenia na teren Tatr kilkuset biegaczy. Podobno rozeszło się zarówno o dobro przyrody, o komfort turystów na szlakach, jak i przedstawione warunki finansowe, które w pewnym momencie przerosły Organizatorów, a o czym informowali na stronach biegu.
Racje zapewne były po obu stronach i koniec końców myślę, że TPN przekonał się, że środowisko biegaczy to porządni ludzie, którzy mają z przyrodą więcej wspólnego niż niejeden spotkany na szlaku turysta.
Organizatorzy mimo wszystko uprzedzali niejednokrotnie zawodników, że śmieci wyprodukowane podczas biegu należy zabierać ze sobą na punkty kontrolne i można pozostawiać je w wyznaczonych strefach, a także o tym, że to piechurzy mają pierwszeństwo. Myślę, że bardzo się starali, aby wypełnić wszystkie ustalenia z Parkiem i dbali o dobre z nimi relacje. Za to wielki plus.

(Fot. Piotr Dymus)

Biegaczy puszczano na trasę z Siwej Polany, w grupach co 10 min. - od godz. 04.00 do 04.40.

„Start mojej grupy zaplanowany był na godzinę 4.30. Na starcie pojawiłem się za kwadrans czwarta i zaczęło się nerwowe oczekiwanie. Pierwsza grupa, druga, trzecia i w końcu moja wchodzi do ogródka startowego. Każdy z zawodników pokazuje obowiązkowe wyposażenie, które musi mieć przy sobie przez cały czas trwania biegu i oczekujemy na start. Zacząłem spokojnie wiedząc, że nie jestem w najlepszej formie. Niecały tydzień przed startem skończyłem brać antybiotyki, mimo to myślę, że wygram ja, a nie trasa. Biegnie mi się bardzo przyjemnie, jest chłodno, idealnie do biegania. Po około pół godziny jest już widno i po wyjściu ponad granicę lasu oko cieszą wspaniałe widoki. Trasa jest piękna i wymagająca. Biegnę bardzo zachowawczo, na pierwszy odcinek postanowiłem dać sobie 5 godzin, niestety trwa to około 45 minut dłużej i na te 45 minut braknie mi wody...” (GK)

Pierwszy punkt kontrolny znajdował się przy Schronisku na Hali Ornak. Nie było problemem, aby tu dotrzeć przed pierwszymi zawodnikami, ponieważ szlak Doliną Kościeliską jest bardzo sympatyczny, a połączenie z Zakopanem bardzo dogodne. Wczesnym porankiem maszerowały grupy kibiców, a z godziny na godzinę przed schroniskiem zbierało się coraz to więcej gapiów. Nie było wielkiej fety, a jedynie wydzielony, mały pas kontrolny, gdzie następowało spisywanie zawodników. Wąskie gardło czerwonej siatki, za którą można było napełnić bidony czy camelbaki, zjeść smakowicie wyglądające przekąski (nawet z opcją dla wegetarian), skorzystać ze wsparcia znajomych. Sędziowie i wolontariusze dwoili się i troili, aby każdy z biegaczy czuł komfort i bardzo miło obserwowało się tak indywidualne do każdego podejście. Poza tym z grupą dziewczyn głośno kibicowałyśmy wyłaniającym się z lasu biegaczom, którzy w tym momencie nie wiedzieć czemu zamieniali marsz na bieg...

(Fot. Piotr Dymus)

Bardzo pomocne były umieszczone na numerach startowych dane zawodników, bo jestem przekonana, że doping po imieniu miał o wiele większe przełożenie na samopoczucie, a co widać było na twarzach pod postacią szerokich uśmiechów.

„Dobiegam do punktu, piję, uzupełniam bidony, piję, jem kanapkę, piję… Lecę dalej, czuję się świetnie, ale zaczyna się robić gorąco i właśnie na podejściu pod Ciemniak łapie mnie kryzys…” (GK)

Strefę przebiegli znajomi i ruszyłam dalej, aby zdążyć na kolejny umówiony punkt - Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Miałam szansę dotrzeć jeszcze kolejką na szczyt Kasprowego Wierchu, ale założenie było takie, że to dopiero od „Piątki” biegnę do mety jako wsparcie. Tam zatem zmierzałam. Sytuacja pokomplikowała się jednak na tyle, że najpierw wywinęłam spektakularnego orła zdzierając sobie kolano, biodro i łokieć. Gdyby to jeszcze nad jakąś przepaścią, a to na długiej prostej, tuż przed busem, który dowieźć mnie miał na Polanę Palenica. Stamtąd ruszyłam marszobiegiem pod prąd trasy zawodów.
Było już bardzo ciepło, a na szlaku zaczęła się tradycyjna wędrówka asfaltem prowadzącym do Morskiego Oka. Nieliczni turyści wiedzieli o rozgrywającym się biegu. Plakaty w Zakopanem widniały na niektórych słupach ogłoszeniowych, a poza tym panowała cisza. Pędząc pod górę starałam się informować ciekawskich co oznaczają żółte flagi umieszczone na poboczu. Głośno zresztą klaskałam i krzyczałam „Brawo”, „Pięknie”, „Już niedaleko”! Ubrana w biegowy strój – czułam się jak tajny sędzia sprawdzający czy aby każdy z zawodników zmierza wyznaczoną trasą. Nikogo jednak nie miałam zamiaru „wydać”, zresztą i tak wszyscy byli bardzo regulaminowi i nie przekraczali czerwonych, wbitych w ziemię i skrzyżowanych flag znajdujących się w newralgicznych punktach skrótowych ścieżek.

(Fot. Piotr Dymus)

Różnica, którą dało się odczuć podczas kibicowania czołówce stawki, a osobom zajmującym dalsze pozycje, to sposób ich reakcji na moje słowa czy oklaskiwanie. Pierwsi spoglądali tylko i ewentualnie rzucili ciche „dzięki”, natomiast cała reszta, bez wyjątku uśmiechała się przez osnute zmęczeniem spojrzenie, zagadywała, informowała o błędnym kierunku mojego biegu, dziękowała, żaliła się i generalnie bardzo miło odwzajemniała moją chęć wsparcia. Nie ukrywam, że sprawiało mi to masę radości, a szczególnie na odcinkach wyżej położonych, gdy wchodziłam na Krzyżne i gdy byłam jednym z nielicznych turystów na szlaku. Wprawny obserwator zauważy, że dawno za sobą zostawiłam „Piątkę”, ponieważ jak się okazało Grzegorz zakończył bieg w Schronisku Murowaniec.

„Zrobiło się gorąco, podejście w słońcu zaczęło mi się dłużyć. Wbiegam na górę, kryzys minął, biegnę… Od sędziego dowiaduję się, że do Murowańca mam 6 km, biegnę kwadrans, kolejny sędzia mówi, że jeszcze 7,5 km - myślę sobie: co jest, biegnę w złym kierunku? Mam ile mam, a czasu półtorej godziny, spinam się i próbuję zmieścić się w limicie, biegnę mocno, ale na ostatnim podejściu przed Kasprowym orientuję się, że do celu jeszcze kawałek, a zostało mi 10 minut, odpuszczam… Kupuję zimny Sprite, który marzył mi się od Ciemniaka, już nie zależy mi na czasie. Muszę oddać numer.” (GK)

Minęłam zatłoczoną Dolinę Stawów i ruszyłam do góry, do Murowańca – mojego nowego celu przygody. Na tym odcinku, o tej porze, większość z biegaczy była już porządnie zmęczona. Szli, podbiegali i nawet nie ukrywali walki i cierpienia. Kilka osób obawiało się o wyznaczone limity, ale brnęli dalej. Starałam się dać im moją energię i dosłownie każdemu mówiłam o pięknym wyzwaniu, sile i życzyłam powodzenia. Sama wiem ile znaczą pozytywne słowa, które pozornie wydają się banalne, a w trudach walki i przy kolosalnym zmęczeniu potrafią dodać skrzydeł na kolejny fragment trasy. Miło było zobaczyć nawet minimalny uśmiech na ich twarzach.

(Fot. Piotr Dymus)

Na metę, z Grzegorzem dotarliśmy sporo po pierwszych zawodnikach.
„Zacząłem za spokojnie, poczułem brak przygotowania. Mimo to Murowańcu czułem się świetnie, mógłbym dalej biec, ale limit jest limitem. Tu pojawiały się myśli, że może w tym punkcie próg powinien być trochę większy, ale to Organizatorzy o tym decydują planując to przecież bardzo starannie. Nie przebiegłem całej trasy, ale po tych 2/3 mogę powiedzieć, że była ona świetnie zabezpieczona i oznaczona - na każdym rozejściu dróg chorągiewki i sędziowie. Dobrze zaopatrzone punkty żywieniowe i wspaniała atmosfera.
Serdecznie dziękuję wszystkim osobom, które mnie wspierały i kibicowały, Organizatorom za zorganizowanie wspaniałej imprezy biegowej, wolontariuszom za bezinteresowną pracę, uśmiech i wsparcie na trasie, a także turystom, którzy byli bardzo mili, ustępowali miejsca i wspierali.”
(GK)

Miejmy nadzieję, że przyszłoroczna edycja dojdzie do skutku – osobiście mocno trzymamy kciuki.

(Fot. Piotr Dymus)

Z obserwacji wnioskuję, że trening w dokładnie takich warunkach jakimi charakteryzują się Tatry - jest jedynym słusznym. Zgadzałoby się to z osiągniętymi wynikami, gdzie czołowe miejsca zajęli zawodnicy z Klubów: TG Sokół Zakopane, Technica Trail Running, Mysia Górka, KW Zakopane, Salomon Suunto czy Inov8. Ćwiczenie i nabywanie umiejętności sprawnego poruszania się po górzystym terenie to doskonała lekcja przedstartowa, w którą warto zainwestować.

Najlepsi Mężczyźni:

1. Przemysław Sobczyk (TG Sokół Zakopane/Dynafit Trail Team) 9:09:29
2. Salvador Calvo Redondo (Technica - Hiszpania) 9:49:37
3. Józef Pawlica (Klub Mysia Górka) 9:54:46

(Fot. Piotr Dymus)

Najlepsze Kobiety:
1. Magda Łączak (Salomon Suunto Team) 10:38:53
2. Anna Figura (KW Zakopane) 11:42:45
3. Sabina Giełzak (Inov8) 12:39:01

(Fot. Piotr Dymus)
Trwa ładowanie komentarzy...