35. PZU MARATON WARSZAWSKI 29.09.2013 – życiówka 03:24:42

... Jeżeli na 42km nie czujesz zmęczenia - jesteś nienormalny.


"Beste Malgorzata Nowak,
Hiermee bevestigen wij je inschrijving voor de ABN AMRO Marathon Rotterdam. Op zondag 13 april 2014 ga jij in een unieke ambiance de 34e editie van het grootste ééndaagse sportevenement van Nederland beleven..."

…co w wolnym tłumaczeniu brzmi – biegnę 13 kwietnia 2014r. Maraton w Rotterdamie. Maraton Warszawski był dosłownie chwilę temu, a już mam zaproszenie na kolejny. Uwielbiam te chwile zmierzania w obranym kierunku.

Tak samo było w niedzielę. Wizja wbiegu na płytę Stadionu Narodowego była bardzo konkretnym drogowskazem. Cudownym. Obrałam cel, jak wszyscy z około dwunastu tysięcy startujących biegaczy i marzyłam, aby znaleźć się w grupie ośmiu tysięcy finiszerów.
Miałam i drugą wizję, ale o tym za chwilę…

Maraton Warszawski pokonałam po raz trzeci i od tych trzech lat pozostaję przy stwierdzeniu, że jest on niesamowity.
Sam fakt 35-lecia wzbudza we mnie szacunek. Podczas V Maratonu Pokoju (tak na początku nazywał się bieg) mój Tata zajął 2. miejsce z czasem 2:24:17.
Gdy pod koniec sierpnia brałam udział w konferencji dotyczącej tegorocznych zawodów i pokazywano stare fotografie przeżyłam swoją prywatną sekundę wzruszenia.
Dla mnie bieganie ma naprawdę dodatkowy, inny wymiar…


Jestem przekonana, że 'mały powód biegania' posiada każdy startujący zawodnik. Swoje skryte wzruszenia, które czasami nie wypływają na światło dzienne, a które pchają do przodu w najcięższych momentach maratonu. Między innymi o tej chwili wspominał psycholog Wojtek Herra, który był jednym ze specjalistów prowadzących przedmaratonowe, sobotnie seminaria. Organizatorzy zadbali bowiem o poszerzanie wiedzy biegaczy zapraszając nas na wykłady z ekspertami biegowymi. Dość niewielka salka, z której rozpościerał się widok na biało-czerwone trybuny Stadionu, zapełniała się regularnie. Warto było spędzić te ostatnie godziny przed biegiem na aktywnym słuchaniu.


Standardowo należało także odebrać pakiet. Biuro zawodów połączone ze stoiskami firm branżowych zlokalizowane było oczywiście na Stadionie.

W tym miejscu - jedno moje zastanowienie.
Wielu doświadczonych biegaczy radzi, aby nie eksperymentować w dniu zawodów z pożywieniem. To nie jest czas na przyjmowanie nowości.
Wystawcy podczas targów mimo wszystko proponują startującym odżywki energetyczne. Tak dzieje się praktycznie wszędzie, nie tylko w Warszawie. Chociaż rozumiem strategię biznesową firm i sam fakt sprzedaży, to zastanawia mnie na ile uczciwa jest ona w połączeniu z opowiadaniem nowicjuszowi o momentach użycia danego specyfiku podczas biegu, który odbywa się za niespełna dobę. Jeżeli mamy do czynienia z fachowcami w temacie, jestem pewna, że znają zasadę nieeksperymentowania…

Powracając do biura zawodów. Szybko, sprawnie, bez kolejek nabyłam pakiet od, co się okazało, koleżanki. Jakie było moje zdziwienie, gdy na mecie i ona wręczyła mi medal. Mógłby to być koniec historii, bo oto praktycznie w jednym zdaniu zamknęłam 42,195km biegu.
Jednak te 3 godziny 24 minuty 42 sekundy wymagają chociaż kilku zdań.
Jest życiówka – jest opowieść. A było to tak…


Najpierw bolała mnie stopa. Dokładnie tydzień przed maratonem. Nie wiem co się stało, ale wiem, że nie mogłam chodzić, a co dopiero biegać. Czarne chmury zasnuły mi oczy i wizja wielomiesięcznej pracy prawie że runęła.
Wizyta u fizjoterapeuty podleczyła sytuację.
Odpuszczenie w takim momencie nie wchodziło jednak w rachubę. Musiałoby chyba 'ściąć mnie z nóg', abym wycofała się ze startu. Na szczęście na jego linii wszystko jeszcze było w porządku.
Potem nie było już tak kolorowo. Ból stopy na wpół połączony z bólem… pośladka, towarzyszyły mi od około 20km. Tego jeszcze nie było.
Wszystko wszystkim, ale żeby ‘...’.
(Przepraszam za tę niebezpośrednią bezpośredniość, ale inaczej ciężko opisać to, co wtedy czułam i myślałam).

Oj dziwne rzeczy dzieją się podczas maratonu, a dla niektórych taką była i sytuacja w samej strefie startowej oraz niesynchroniczne puszczanie zawodników na trasę z dwóch nitek Mostu Poniatowskiego. Zostało to tak skorelowane, że co poniektórzy stojący w szybszej strefie czasowej znaleźli się za osobami biegnącymi na czas wolniejszy. Nie byłoby tematu, bo mówią, że wyprzedzanie dodaje skrzydeł, gdyby nie fakt zwężenia jezdni i zwyczajnego tłoku.
Kilka takich opinii przyszło mi usłyszeć.
Ja na szczęście nie musiałam walczyć z zatorami, ale musiałam się skupić, bo zamyślona na ul. Marszałkowskiej prawie nie wbiegłam na betonowy słup drogowy.


Na około 4km dołączyli do mnie znajomi koledzy i tak wspólnie pokonaliśmy kilka kilometrów. Ponieważ realizowałam swój plan, na kolejnych nasze drogi się rozbiegły i sama podążałam do przodu. Było całkiem sympatycznie, wszystko szło według założeń (jak to na początku) i ze spokojem wbiegłam do Parku Łazienkowskiego. Wiem, że była to jedna ze złotych gwiazdek Organizatora, jednak mi kojarzyła się ona z cięższymi treningami. Często przebiegałam przez Łazienki i choć przeżyłam tam cudne chwile samotnego, porannego biegu wśród nawołujących pawi, to to miejsce jawiło mi się także jako niewiadomego pochodzenia spowolnienie kroku. Może było to wrażenie ‘przeskoku’ z asfaltu na piaszczystą nawierzchnię. Na maratonie o dziwo nie było tak źle, tym bardziej, że to tu przypadł mój moment ‘wskoczenia’ na szybsze obroty. Trzeba było ogarnąć się psychicznie „że to już” i napierać dalej.
Gdy opuściliśmy park, pojawiła się koleżanka na rowerze. Nie było czasu na plotki, ale sama jej obecność była sympatyczna.
Tu uwaga - pochwalę obsługę biegu, która sukcesywnie napominała o opuszczanie trasy przez rowery. Ola pojawiała się zatem i znikała sprawdzając jakość warszawskich chodników, choć znaleźli się i rowerzyści dosłownie wjeżdżający w grupę biegaczy.

Biegłam dalej. Byłam skupiona, momentami odpływałam myślami.Ten maraton był szczególny. Bardzo szybko mi przeminął. Nie zdążyłam się rozkręcić, a już był 30km.
Zastanawiam się czy przyjdzie kiedyś dzień, w którym stwierdzę
‘Nie lubię biegać maratonów, dlatego biegam je szybko’.
To zdanie ma dwie niewiadome i jedno marzenie. (uśmiech)


Teraz jednak biegłam swoje i pojawiły się objawy zmęczenia. Wojtek psycholog przytoczył i taką historię:
* Jeżeli na 16km czujesz zmęczenie - jest źle
* Jeżeli na 30km - jesteś normalny
* Jeżeli na 42km nie czujesz zmęczenia - jesteś nienormalny


Mieściłam się zatem w normie, wzięłam to na klatę, bo nogi już powoli nie chciały dźwigać. Próby przyspieszenia o kolejne sekundy i rady wesołych kolegów „Zaczynasz na maxa, a potem sukcesywnie zwiększasz przewagę”, albo „Od tego momentu się rozkręcasz i jeszcze bardziej pędzisz” - realizowałam.
W głowie tak pędziłam, aż się kurzyło, maszyny dymiły… ale w rzeczywistości wskazówka spadała. Trzeba było ocenić sprawę i znaleźć się w niezaplanowanej sytuacji… na ogonie siedział bowiem balonik z czasem 3:25.
O nie! Ty mały, okrągły, napompowany balonie!
Miałam motywację. Co się od niego oderwałam, to za chwilę już podleciał.
Co tylko się wysunęłam na prowadzenie, to mnie dogoniła bestia.
I tak na zabawie leciały kolejne kilometry. Boląca zabawa, ale sił o dziwo miałam sporo, tylko te nogi… teraz już się nie chciały kręcić.
W końcu padły słowa pacemakera: „Dobrze Ci idzie, tak trzymaj, tylko nie zwalniaj”. Odpowiedziałam grzecznie: „Dobrze” (uśmiech).

Biegłam i biegłam… z wielką wizją. Przed oczami pojawił mi się gigantyczny kufel piwa. Jaką ja miałam ochotę na zimne, gorzkie piwo z pianką. Jak ja pragnęłam poczuć jego smak! Był 38km...


Zza rogu wyłonił się Stadion i choć to najpiękniejsze, ostatnie chwile – chciałam już być na mecie. Dość szybko znalazłam się na ostatniej prostej i...
była to piękna, przepiękna chwila, najpiękniejsza. Najcudowniejszy moment zwieńczenia trudu i pracy. Przewrotnie chciałoby się, aby te sekundy trwały wiecznie. Oklaski, echo Stadionu i przed oczami wyłania się podwójna brama mety.
Moment, w którym niesie siła niewiadomego przyspieszenia.
Dla tego wspomnienia warto!


35. PZU Maraton Warszawski był pierwszym maratonem, który kończyłam z rękoma uniesionymi w geście tryumfu. Jakoś tak się zdarzyło, że nigdy do tej pory nie wykonywałam tego gestu. Teraz ręce poszły same do góry.
Eksplozja emocji i spełnienia.
* 03:24:42.
* 28 kobieta
* I miejsce w Kategorii Dziennikarek

Potem był medal, malowanie czasu na koszulce, radość i jeszcze więcej uśmiechu i telefony i gratulacje i cały czas uśmiech.

Bardzo dziękuję za wsparcie wszystkich osób, które współdzieliły ze mną czas przygotowań, treningów, trasę maratonu, a także kibicom, którzy byli od samego startu do samej mety.
Oczywiście także Mateuszowi Jasińskiemu, który przeszedł ze mną przez trudne chwile trenowania kobiety, a który jeszcze chwilę się ze mną pomęczy, bo w przyszłym roku łamiemy 3jkę (uśmiech).


Serdecznie zapraszam do śledzenia moich przygotowań na profilu -
Małgorzata Nowak - Bieganie.
Trwa ładowanie komentarzy...